JAK UKOŃCZYĆ NAPRAWDĘ DŁUGI WYŚCIG? ETAP 9. WYŚCIG NA RADOŚCI.

Czas czytania: około 4 minuty

JAK UKOŃCZYĆ NAPRAWDĘ DŁUGI WYŚCIG?  ETAP 9. WYŚCIG NA RADOŚCI.

(<<Etap 8)

Gdybym miał opisać swoje wrażenia z RAAM w dwóch słowach, użyłbym stwierdzenia "Na radości!". Tak właśnie jechałem przez Stany. Kierowałem się przede wszystkim tym, aby czerpać przyjemność z jazdy i być w dobrym nastroju. Przez całe 12 dni. Nie miałem tego jednak tego za darmo.

Na tydzień przed startem wylądowaliśmy w Kalifornii. Moja niezastąpiona załoga pod wodzą Jarka wzięła na siebie wszystkie sprawy, których ja nie musiałem załatwiać. Było tego mnóstwo, a ja nawet nie wiedziałem, czym oni się zajmują. 

Moja rola zredukowana została do jedzenia, trenowania, spania i odpoczynku. Zaraz po przylocie byłem w kiepskiej kondycji mentalnej. Po prostu martwiłem się, jak pójdzie mi wyścig. Przez ostatnie miesiące ciężko trenowałem, ale wciąż miałem obawy, czy to wystarczy do ukończenia RAAM. 

Jednak ten tydzień zmienił wszystko. Żyłem jak w bańce. Żyłem jak król. Poza codziennym wyjazdem na szosę nie miałem żadnych obowiązków, żadnych decyzji do podjęcia. Nie była to fanaberia. To było po coś. Kiedy wychodziłem z pokoju motelowego, zawsze był ze mną Michał. Często chodziliśmy na plażę i robiliśmy trening mentalny z elementami jogi. Jego głównym celem było pozbycie się negatywnych myśli, strachu, lęku, obawy, projektowania negatywnych scenariuszy. W zamian za to wzbudzaliśmy emocje wspierające: satysfakcje z wykonanej przez lata pracy, wdzięczność dla rodziny, bliskich, znajomych, kibiców, sponsorów i do siebie za to, że mogę tu być i zrealizować moje marzenie. Uczyłem się cieszyć otaczającą mnie przyrodą, krajobrazami, szumem oceanu i światłem słońca...

W połączeniu z wieczornymi sesjami relaksacyjnymi te wszystkie ćwiczenia dały nadspodziewanie dobry efekt. Od momentu startu w Oceanside czułem się bardzo dobrze psychicznie. Podobała mi się jazda, każdy obrót korbą, każdy pokonywany kilometr. Podziwiałem widoki i karmiłem się nimi. Miałem na to przestrzeń, bo na długim dystansie nie ma jazdy na maxa, kiedy czujesz tylko ból a intensywność wysiłku nie pozwala Ci na koncentrację na niczym z zewnątrz. Nie miałem miernika mocy, nie patrzyłem na pulsometr. Jechałem wg własnego odczucia. Na 60 procent. Nie mniej, nie więcej.

Poza krajobrazami dodawałem sobie także sił muzyką, którą ekipa puszczała mi przez megafon albo przez słuchawki. W repertuarze mieliśmy energetyczne rytmy, ale także muzykę bałkańską (pełną uniesień, wzruszeń i kojarzącą się z dziewiczymi górami). Jednak najciekawszym posunięciem było odpalanie na najdłuższych podjazdach muzyki dla dzieci. Do tej pory pamiętam, kiedy pewnej nocy zapuściliśmy piosenki z Pana Kleksa i wyprzedzaliśmy pod górę rywala, który słuchał zdziwiony melodii "Witajcie w naszej bajce, słoń zagra na fujarce...." a potem "Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się na całego...". Dlaczego muzyka dla dzieci? Kiedy w uszach masz takie radosne, beztroskie dźwięki, to nawet na ciężkim wzniesieniu nie ma miejsca na cierpienie.

Poza generowaniem radości z krajobrazów i muzyki, także team był dostarczycielem dobrego klimatu. Oczywiście podczas 12 dni zdarzało się, że ktoś miał gorszy dzień i nie tryskał pozytywną energią. Wtedy wiedział, że ma zakaz zbliżania się do kolarza. Takie zasady wprowadzili dla siebie członkowie zespołu. Pracowali ciężko, a mimo to potrafili wydobyć z siebie tak kreatywne pomysły na pozytywne wsparcie, jak ten ze skonstruowaniem latawca z kamperowego prześcieradła. Dzięki temu silny wiatr, który wiał mi w twarz przez cały dzień, stał się sprzymierzeńcem w wywołaniu efektu "Wow!"

Generowanie radości było moim stałym obowiązkiem w czasie wyścigu. Umiałem już przecież ignorować myśli ograniczające a tworzyć i karmić te wspierające. Potrafiłem wywołać w sobie takie wzruszenie, że płynęły mi łzy. Wyobrażałem sobie wjazd na metę. Cieszyłem się każdą godziną, byłem spokojny, pracowałem ze stabilną intensywnością, nie nadwyrężałem mięśni. Jechałem oszczędnie, ale aktywnie. W trudnych momentach, kiedy coś mnie bolało albo czułem zmęczenie, zwalniałem nieco i czekałem, aż mi przejdzie. Kiedy odzyskiwałem wigor, wracałem do tempa przelotowego. 

Oczywiście organizm odczuwał skutki kilkunastodniowej jazdy. Z dnia na dzień moja prędkość nieco malała. Jednak pod koniec wyścigu miałem wrażenie, jak gdybym uzyskał stan, w którym mogę kontynuować taki wysiłek w nieskończoność. Gdyby kazano mi na mecie zawrócić i pojechać kolejne 4800km do Oceanside, miałbym przekonanie, że dam radę. 

Foto: Mariusz Michalik (Race Across America 2014)

(Etap 10>>)

  • Autor: Remek Siudziński
  • Data wpisu: 23.10.2020